N ie, no to nie do wiary. Nie, to być nie może. Lata studiowania cesarskiej gramatyki, dekady kucia żelaza w podziemnych manufakturach, pot spływający po karku pod nadzorem Kultu Solarnego, tysiące stron traktatów handlowych przestudiowanych w bazaltowych kantorach… i po co to wszystko? Żeby na koniec wyszedł z tego ordynarny, bezwzględny kapitalizm maskowany parą, muszkietem i pieczęcią państwową? Żeby człowiek czuł się w tym całym dumnym Cesarstwie Sompoleńskim jak popychadło, jak kundel, na którego szczuje się urzędasów z Londyńskiego Zjednoczonego Królestwa albo gnomich watażków z zamorskich kolonii? Ja kindziolę, bulwa! Bracia krasnoludkowie z giełdowych trustów, siostry rusałki z ceremonialnych rozlewisk! Wszyscy myśleliśmy, że złapaliśmy boga za nogi, budując tę monumentalną machinę. Myśleliśmy, że tworzymy szczyt cywilizacji pod okiem czterotwarzowego Światowida, który zamiast mieczy trzyma dziś w łapach pieprzone księgi rachunkowe! A co mamy? Mamy bidę, wyzysk i ws...
Spójrz na horyzont, wędrowcze. Widzisz te spowite gęstą, nieustępliwą mgłą doliny, gdzie zapach mokrego tataraku miesza się ze słodkawą, duszną wonią fermentujących papierówek? Oto serce Kujaw. Oto kraina, w której prastary, słowiański szum wierzb zderza się z surowym dostojeństwem i ceremonialnym splendorem neoorientalnego dworu. Nastał trzydziesty rok Ery Dojrzalego Jabłka. Cesarstwo Sompoleńskie, pod twardą, lecz przesiąkniętą samozadowoleniem ręką Cesarza Sompolniusa Piotrusa III, pozornie płynie miodem i złotem. Ale to tylko fasada. Pod ciężkimi, jedwabnymi szatami gwardzistów, za przesuwanymi drzwiami shoji pałacu w Sompolnie i pod bazaltowymi iglicami Jeziora Lubstowskiego pulsuje chaos. Urzędnicy krasnoludkowych gildii nerwowo rzeźbią w kamieniu spadające wykresy giełdy suszu. Prowincjonalni magnaci ostrzą glewie, a oficjalna propaganda karmi lud mitami, by ukryć prawdę o państwie opartym na chciwości i pozorach. W tym świecie nie ma miejsca na błędy. Tradycja wymaga...